No, właśnie. Zmierzam sobie do Slovenskiej Bystricy. Osiem kilometrów za Ptujem robię zdjęcie. To zdjęcie:

Patrząc na nie zastanawiam się jak lekko dotknąć tematów siermiężnych, albo – lepiej – jak uczynić je lekkimi; jak pokazać, że coś, co może wyglądać na grubo szyte, jest w istocie cienką nicią pozszywane; może nawet zbyt cienką, aby łatwo zobaczyć, że w zupełnie innym miejscu szew przebiega.
Po kolei.
Jak zdradzę, że, wyjechawszy dwa dni temu z bardzo już bratnich Węgier, tutaj w słoweńskim Razkrižje też opuszczam przydrożny bar pod wpływem porannego szpricera, którego po pięciu minutach rozmowy stawia mi jakiś w średnim wieku Słoweniec - bośmy „bracia Słowianie”- to pomyśleć by można, że tą moją polską chorągiewką powiewam zbyt wysoko i furczy ona dość monotonnie. Jakby programowo. I do tego może jeszcze z niewłaściwej strony wiatr wieje - jeśli dodać, że rozmawiamy po rosyjsku. Tymczasem z całym tym symboliczno-narodowym dodatkiem do projektu rzecz przedstawia się zupełnie inaczej i wymaga paru wyjaśnień.
Mobilny pawilon został pomyślany przede wszystkim jako swego rodzaju przestrzeń wystawiennicza z kuratorem, lecz bez obiektów - galeria, muzeum czy gabinet osobliwości in posse - czekający na wypełnienie przygodami, pamiątkami zebranymi w podróży po tak zwanej Europie Środkowej. Pomysł podróżującej galerii z autorem-kuratorem wciskającym się w miniaturową architekturę własnym ciałem, stającym się równorzędnym elementem własnego umownego układu odniesienia, od początku interesował mnie najbardziej. I to nie dlatego, że mógłby się wpisać w doraźny dyskurs, ale dlatego, że dał on szansę na sytuację modelową w dosłownym znaczeniu tego słowa, pozwalającą doświadczyć różnego rodzaju relacje na własnej skórze. W ogóle temat miniaturowej galerii jako medium to dla mnie otwarty rozdział wychodzący daleko poza weneckie biennale - podróż z małą galerią mogłaby/może mieć dowolny cel.
Z paru względów tego lata skusiła mnie jednak Wenecja. Trochę tym, że ogrody biennale to wygodne i przyjemne miejsce na finał tej podróży – bez trudu można tu rozłożyć pawilon na trawie, pokazać go w jego pełnej, namiotowej wersji, a przy tym urządzić na kocu ułatwiający rozmowy piknik. Trochę zaważyła geografia – możliwość przejechania bez mała całej trasy po tej stronie Europy, która, pomimo tego, że zwana jest często Środkową, ze względu na historyczno-polityczne uwarunkowania ciągle w zachodniej świadomości odkleja się od reszty (co wynikało także z rozmów - wspomnę o tym w kolejnych wpisach); tak zaplanowana trasa wynikała mniej z założeń ideowych, a bardziej z przekonania, że pozwoli ona na większą integralność, wprowadzi trochę dyscypliny pomagającej ogarnąć materiały, połączyć je w jakieś uporządkowane spostrzeżenia po powrocie. I wreszcie, last but not least, zdecydowała specyficzna sytuacja, jaką zastaje się wyłącznie w Wenecji, a widoczna jest ona szczególnie w ogrodach biennale, gdzie formuła pokazywania sztuki komentuje niejako samą siebie – pozostaje „nieprzeźroczysta” nawet dla kogoś zupełnie niezainteresowanego powracającą debatą wokół pawilonów narodowych (debata ta ma już całkiem długą historię, włącznie z konkretnymi propozycjami odstąpienia od formuły wystaw narodowych i zastąpienia jej wystawą międzynarodową rozciągającą się na całe ogrody). Tutaj dosłownie widzi się zakrzepły czas i to nie tylko z powodu wiekowej architektury (najstarszy, belgijski pawilon postawiony został w 1907 roku; pawilon polski pochodzi z lat 30-tych), ale dlatego, że nieprzystawalność programowej funkcji tej architektury do dnia dzisiejszego wcale nie jest retuszowana – powiedziałbym nawet, że ten konflikt jest wyeksponowany: Na fasadach pawilonów przeczytać można, jakie państwo reprezentują. Każdy pawilon ma też maszt na flagę narodową. Ale podczas otwarcia biennale w czerwcu tego roku wszystkie niemal maszty giardini pozostały gołe. Wyjątkiem (akurat w tym przypadku wyraźnie potwierdzającym regułę) był chyba tylko maszt rosyjski.
“Every exhibition medium (large-scale international exhibitions, museums, state galleries, collector’s museums, galleries, national pavilions in Venice) is essentially ambivalent, but the pavilion in Venice has an additional unusual status in that the artist to a certain extent represents the government of the country that appointed him/her.” - pisze Robert Fleck w eseju zatytułowanym: “What does a national pavilion offer?” Ta i inne, dalej idące ambiwalencje w ogrodach weneckich są oczywiste. I są wypunktowane. Choćby akcja Santiago Sierry na 50-tym biennale polegająca na otwarciu pawilonu hiszpańskiego wyłącznie dla obywateli hiszpańskich była odnoszona do tego tematu.
Anachroniczność modelu narodowego jest tematem mocno eksploatowanym, trudno byłoby uczynić go powodem taszczenia oflagowanej szafy (40kg!) rowerem do Wenecji. Nie o to chodziło. Od początku było wiadomo, że czas spędzony w giardini będzie nikłym procentem czasu spędzonego w drodze. I to na drogę – nie na miejsce startu i nie na metę – padał główny akcent tego projektu (do pospiesznego i uproszczonego opisu projektu w mediach przydałoby się wprowadzić trochę subtelności; spróbuję co nieco uporządkować przy okazji pisania o spotkaniach w ogrodach biennale). Jednak takie pojęcia jak: podróżowanie, nomadyzm, poszukiwanie przygód, spotkania, dokumentowanie, czy estetyka relacji też nie składały się w wystarczającą zachętę, żeby wybrać się w tą trasę.
Myślałem o czymś więcej.
Wabiło mnie szaleństwo. Bo daje szansę na zmianę patrzenia, znalezienie szczególnej perspektywy, wejście w nieznane role i tym samym doświadczenie nowych sytuacji. A do tego narodowy entourage weneckiego pawilonu nadawał się szczególnie. I to właśnie przez jego ewidentną anachroniczność i kompletną nieprzystawalność do miejsc. Były w podróży co najmniej trzy kurioza, które potencjalnie narzucały mi rolę błazna, kołtuna, idioty: (1) rozbijanie w pobliżu czyjegoś namiotu niezidentyfikowanej karłowatej budowli jako miejsca noclegu (przypuszczenia podsłuchałem różne: „parlament”, „kościół”, „meczet” (sic!)), (2) ciąganie na rowerze optycznie olbrzymiego bagażu (ciągle byłem pytany, ile mi za to płacą), no i wreszcie (3) coś, co dodawało sporej pikanterii – narodowo-reprezentacyjny charakter tego cyrku. Takie indywidualne obnoszenie się z symbolami narodowymi – poza, naturalnie, specjalnymi kontekstami, np. sportowym – budzi dziś nie tyle sprzeciw, co pobłażanie; ktoś, kto to robi, będzie potraktowany raczej jako filister, niż jako np. nacjonalista (raz tylko zostałem wprost zapytany, czy jestem nacjonalistą, o czym jeszcze wspomnę). No właśnie, pomimo tego, że tutaj symbole podane były wydaniu groteskowym, wyraźnie puszczały oko, przygotowany byłem, że w drodze wzbudzać to będzie ambiwalencje inne niż w docelowych giardini, gdzie szaleństwo zostanie automatycznie zneutralizowane, wzięte w nawias. I tak było. Pomimo moich częstych wyjaśnień mało kto z napotkanych w drodze czuł, o co chodzi; ja z kolei czułem, że oni nie są do końca pewni, czy ja oficjalnie uczestniczę w jakimś zdarzeniu, reprezentuję jakąś instytucję, czy samozwańczo wykorzystując symbole chcę coś zamanifestować. Pomimo bardzo życzliwego przyjmowania wiem, że wzbudzałem wiele podejrzeń; aż do granicy Włoskiej, niewiele było spotkań, o których można by powiedzieć, że były utrzymane na właściwym poziomie autoironii czy zabawy. Byłem traktowany poważnie. Ale jako szczególny przypadek. Kłopotliwa zagadka. Prawdziwą przyjemnością było na przykład rytualne poranne wciąganie flagi na maszt; na kempingach czy w kukurydzy, przy świadkach, czy bez – to było całkowicie absurdalne, idiotyczne zajęcie. Którego mi dziś brakuje. Zmiana perspektywy z racjonalnej na irracjonalną, publiczne zejście z poziomu – rzekłbym – prozaicznych relacji do poziomu osobistego mikrokosmosu, własnego theatrum mającego jednak sui generis zasady podyktowane wyborem takiego a nie innego modelu, to była osobna wycieczka, wycieczka w wycieczce, doświadczenie ożywcze i w harmonii z inspiracjami. A bliżej mi do „Idiotów” Triera niż do wątków narodowych, śląsko-hałdowych, czy o-biennale-marzycielskich, które zdominowały opis medialny projektu (skądinąd przy moim wkładzie, do czego się przyznaję).
Przypomina mi się cykl portretów młodych ludzi spotkanych na plażach, jaki w latach 90-tych zrobiła Rineke Dijkstra. To piękne, intensywne zdjęcia. Te dzieciaki pozują niezdarnie, jakby nie wiedziały, jak nosić własne ciało. Portretom często zdarza się podobna intensywność, kiedy uda się je uchwycić w pozie nie dość przećwiczonej, niepewnej, w zakłopotaniu. Tak, ale Dijkstra wyraźnie takie modele wyszukiwała. Ja byłem ciekaw, na ile zakłopotanie mogę sprowokować. Poprzez np. prośbę o pozowanie z małą polską flagą, przy małym polskim pawilonie. Jeśli takie symbole się przeżyły, a przynajmniej nie pasują do miejsca i sytuacji, jeśli nie całkiem wiadomo, w co ja gram, jeśli w końcu to wszystko razem wygląda kuriozalnie, to pozowanie takie powinno być interesującym materiałem do obserwacji. I, żeby uniknąć nieporozumień, parę spraw wyjaśniam od razu: Po pierwsze nie są to zdjęcia inscenizowane, ani aranżowane; z wyjątkiem rozłożenia pawilonu i wykadrowania fragmentu tła przy mocno ograniczonych możliwościach. Zdjęcia robiłem w pośpiechu, pozowanie trwało nierzadko sekundy, a moja ingerencja ograniczała się do pilnowania, żeby model trzymał się blisko pawilonu. Jeszcze przed wyjazdem przyjąłem ascetyczną formułę: zdjęcia będą kolorowe, żadnych zabaw z perspektywą, wszystkie postaci zawsze widziane w całości, tło wyłącznie takie, w jakim zastałem moich modeli. Przy takiej dyscyplinie własnej wystarczyło bez żadnych instrukcji poprosić napotkane osoby o pozowanie przy pawilonie.
A że nawet proste świadome ustawianie się przed obiektywem samo w sobie jest formą inscenizacji, podczas podróży zrobiłem kilkadziesiąt ujęć będących kadrami rozgrywającego się przy pawilonie spektaklu. Spektaklu, w którym pawilon wyzwalał różne pozy; była w nich bezpretensjonalna wesołość i pretensjonalna powaga; ironia, pobłażanie, dystans i dezorientacja, niepewność sytuacji i pokrywające ją uśmiechy, zdarzyły się też odmowy. W Postojnej zagadnąłem o pozowanie mężczyznę w średnim wieku. Kosił trawnik w koszulce z unijnymi gwiazdami. Miał charakterystyczny spłoszony wyraz twarzy. Ta koszulka i ta twarz nie pasowały do siebie. Wytłumaczyłem mu skąd – gdzie - po co (o biennale nie wiedział), rozłożyłem pawilon na murawie przed okazałym domem z otwartym garażem. Podszedł powoli, zapozował nie patrząc w obiektyw. Było dobrze, ale zachciało mi się lepiej. Podałem mu polską flagę (małą, ale oryginalną, z ładnie nadrukowanym orłem). I było lepiej. Mężczyzna z góry na flagę spojrzał, rozprostował i zaczął z nią dziwny taniec, neurotyczną tarantelę, wpadł w fantazyjne pląsy wokół pawilonu: kontrapost lewy, kontrapost prawy, wypchnięcie biodra, wygładzenie unijnego tiszirta, wykrok lewy, wykrok prawy, podniesienie flagi, wsparcie łokciem o pawilon, wypchnięcie biodra, wygładzenie tiszirta, kontrapost prawy, wykrok lewy, etc. Ja na to patrzyłem i zwalniałem migawkę. Ale było to coraz bardziej nieskoordynowane, było widać, że się pod tymi symbolami zupełnie pogubił i nie potrafił już do nich dobrać fasonu. W końcu wyprostował się i zastygł w bezruchu. Był różowy na twarzy. Skrępowany. Powiedział, że już nie trzeba, że dość. Oddał flagę i poprosił o wykasowanie zrobionych przed chwilą zdjęć.
Takich problemów nie mieli robotnicy drogowi fotografowani osiem kilometrów za Ptujem. Oni w temacie “koszulka” byli zupełnie wyluzowani (co widać) i wiedzieli jak się zachować przy polskiej chorągiewce (której nie widać). To była szybka, spontaniczna reakcja. W cieniu przydrożnej lipy czekali na transport. Zatrzymałem się, żeby odsapnąć, pogadać. Na dowolny temat. Poczęstowali pomidorem, chcieli zobaczyć pawilon. Odsłoniłem go i korzystając z okazji zapytałem o pozowanie – jak powiedziałem: żadnych wątpliwości jak to powinno wyglądać. Jeśli w podróży pojawiały się też braterskie gesty w socrealistycznym wydaniu, to tylko dokumentują one sytuacje. Które być może nie przytrafiałyby się w analogicznej podróży po Niemczech, czy Francji. Zresztą to myśl swobodna; daleki jestem od wyciągania podobnych ogólnych wniosków na podstawie paru przygód; jeśli zajmują mnie symbole, to tylko w miejscu spotkania z konkretnym człowiekiem, jako papierek lakmusowy; zwyczajnie ciekawe jest, jak sobie z nimi radzi. Co tańczył Słoweniec w unijnej koszulce? Czy grosse mafioso z malutką flagą byłby bardziej grosse, czy mniej grosse? Oto jest pytanie. Łatwo go sobie wyobrażam pozującego na tle Audi - zobaczenie go na tle pawilonu z chorągiewką w ręce całkowicie wykracza poza moją wyobraźnię.