do siego

grudzień 31, 2007, poniedziałek

W wilię Bożego Narodzenia tajemniczy ktoś przysłał mi świąteczny wypiek.

piernik2.jpg
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest to, jak widać, dość swobodna wariacja na temat pawilonu POLONIA.  I jest to piernik.
Piernik nie tylko wygląda, ale wabi też korzenno-miodowym zapachem. Nim powabom tym skutecznie ulegnę, chciałem piernika uwiecznić, zarchiwizować i podzielić się jego wizerunkiem z innymi sympatykami pawilonu POLONIA. Co niniejszym robię. Mam cichą nadzieję, że będzie on inspiracją do powstania kolejnych ułańsko-fantazyjnych wyrobów cukierniczych. I nie tylko.

Autorowi (autorce?) piernika POLONIA  bardzo dziękuję i namawiam do ujawnienia się.

Napisz, dlaczego piernik?
Albo raczej, dlaczego POLONIA?

Spośród potraw zapamiętanych z weneckiej wycieczki szczególnie jedną można by pokojarzyć z obecnym świąteczno-noworocznym czasem: Čokoladne palačinke lub Palačinke  sa orasima (z orzechami). Są to przygotowane na słodko naleśniki.

Zainteresowanym polecam liczne przepisy w sieci i podaję link do jednego z nich, w języku polskim:
http://mediterraneo.blox.pl/2007/04/Cokoladne-palacinke-Slowenia.html

Wszystkim życzę Nowego w Nowym, a autora (autorkę?) piernikowej POLONII zapraszam na palačinke POLONIA własnej roboty.

Och, Peter! (3)

grudzień 17, 2007, poniedziałek

Z rozedrganej dłoni znika rozedrgany liść sałaty. Peter odwraca się do mnie śmiejącymi oczyma, wesołym wąsem.
- Moi prijatiele - mówi.
Karmimy łabędzie. Para na przemian wyrzuca w górę dzioby, wydaje z siebie głośny charkot.
- Hvala, thenkju, mersi - mówi Peter językami.
I znowu wesołymi oczyma, roześmianym wąsem odwraca się do mnie. Cieszy go, że, jak mówi, ptaki dziękują mu za śniadanie. A karmi je regularnie. Co rano.

Peter jest kelnerem na rencie. Ma niesprawną, drżącą rękę. Co nie pozwala mu karmić ludzi, ale nie przeszkadza karmić zwierzęta. Kiedy pojawia się na działce, zza krzaków, zza nadbrzeżnego szaletu widać poruszony staw, zmarszczoną wodę, widać podwójny łabędzi kilwater. Na małym drewnianym pomoście parę metrów od działki czeka już Peter z sałatą. A one płyną do niego.

Wczoraj wieczorem Peter biegał między pergolą, grządkami sałaty, marchewki i foliowym tunelem. Cały czas mówił, pokazywał coś, wyjaśniał, zapraszał. Zniknął pod folią i wyciągnął stamtąd dużego żółtego pomidora, zamieszał ręką w winorośli i kiść winogron mi podał.
- Paradajs - mówił -  mandziurija… ty możesz - zachęcał mnie, żebym sam owocami się częstował. Potem znowu zniknął gdzieś na parę chwil i pojawił się z dużym wyplatanym koszem.
- Meja żena, meja czierka – pokazał Peter kosz. A w nim chleb pokrojony, masło, mleko, powidła i kilka nadziewanych czekoladek w sreberkach.
- O, tu, meja czierka – wyjął zdjęcie dziewczyny. To ona dołożyła czekoladki. Żona przygotowała wiktuały.

Posiliwszy się bez pośpiechu rozłożyłem pawilon. Zrobiłem to na miękkiej murawie, na poletku puszystej trawy między altaną, słonecznikami i kapustą. Byłem syty i spokojny. I coś jakby szczęśliwy. A w każdym razie czerpiący doraźną szczęśliwość z tej chwili. I miejsca. Oraz czekoladki. Noc już się zrobiła i księżyc pełny zza chmur z rzadka wyzierał. Staw przy działce niósł głośny rechot żab.

Parę godzin wcześniej, kiedy odbiłem w boczną drogę przez Pragersko, miałem zamiar przejechać tutaj prędko i krajoznawczo, bez postoju. Parę kilometrów dalej jasnym się stało, że wijąca się droga znacząco się wydłuża, a ja, żeby Slovenską Bystricę przed zmierzchem przejechać, pedałuję zbyt wolno. Do tego zawsze pomocna Monika przejrzawszy sieć poinformowała mnie telefonicznie, że w Bystricy też ciężko będzie cokolwiek na noc znaleźć. O nocleg musiałem postarać się tutaj. Przekonanie, że będzie to łatwe i potrwa parę minut zawiodło mnie. Z porozumiewaniem się trudności żadnych nie było, poza tym późną popołudniową porą, kiedy słońce zelżało, na ogródki wylegli Słoweńcy z kosiarkami. Robiłem więc zygzak od kosiarza po prawej do kosiarza po lewej, i na odwrót, i dalej. Na moje pozdrowienia wyłączali te ogrodowe urządzenia hałasujące, pewien tego jestem, w zgodzie z unijnymi standardami. I słuchali raczej cierpliwe. Albo raczej w zgodzie ze standardami tamtejszej kurtuazji. Potem jednak niezmiennie głowami kręcili, że nie wiedzą, gdzie by można rozbić namiot. Po niepełna godzinie wypytywania bilans był jednoznaczny. Bez większej nadziei zajechałem przed miejscową gospodę. Tam jeszcze raz chciałem powtórzyć prośbę do siedzących na ławkach przed lokalem. Był tam Peter. O nim nie mogę powiedzieć, że wysłuchał mnie cierpliwie; kiedy zobaczył rower, bagaż, poderwał się, zadał mi dwa pytania, dwa inne zadał komuś obok, uścisnął mi rękę i podjechał samochodem. Pokazał, żebym jechał za nim. Kiedy dojechaliśmy na łąkę przy stawie, Peter w pośpiechu wypadł z auta i zaczął biec. Tylko po to, żeby, jak się okazało, otworzyć przede mną wszystkie furtki, żebym nie czekał, żeby pomóc mi przenieść, przepchać przez nie pawilon. Potem biegał cały wieczór, o działce, roślinach i łabędziach opowiadał, częstował, czym się dało, kiście kluczy do altany i szaletu namiętnie pokazywał, objaśniał, a nawet wtajemniczył mnie w tajne schowki. Sytuacja ta, w której obcy ktoś wykazuje pełen entuzjazmu pęd do, wydawało się, bezinteresownej pomocy, początkowo wprawiła mnie w zakłopotanie, potem myśli przyszły ambiwalentne - wątpienie w bezinteresowność, a jeszcze później smętny niesmak. Niesmak, bo pomyślałem, że z jakiegoś powodu nieprzygotowany jestem na spontaniczną ludzką życzliwość; zamiast traktować ją za coś naturalnego, budzi moje podejrzenia.

Dom Petera widać na przeciwległym brzegu stawu. Stamtąd rano przywiózł teczkę ze zdjęciami. Jeszcze raz rodzina. Czierka. Poza tym działka. Pergola. Peter frasobliwy, siedzący przy pergoli w głębokiej zadumie i o wzroku utkwionym w ziemię (tą fotografię wręczył mi na pamiątkę). Gdzie indziej Peter podnoszący imponujących rozmiarów rybę złowioną w tutejszym stawie. Zdjęcia były różne. Obejrzeliśmy je i poszliśmy podlewać. Peter dał mi konewkę, pokazał, jak trzymać, ile i gdzie lać wodę. Ledwo zacząłem to robić, jak Peter wpadł na pomysł, że musi to sfotografować. Dałem mu aparat, pokazałem jak trzymać, gdzie patrzyć i gdzie naciskać. Ja podlewałem, Peter fotografował. Ale ręka Petera wyraźnie drżała – niewiele Peter uwiecznił. Za to ja uwieczniłem go z konewką przy pawilonie.

peter.foto.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potem Peter postanowił ukwiecić pawilon. I zerwał kwiecie, i na pawilonie ułożył. I do kwiatów mówił. I je całował.
- Lepo, lepo - przy tym powtarzał.
- Lepo - odpowiadałem.
Bo ‘lepo’ znaczy ‘miło’, ‘pięknie’.

Potem - o czym już było - nakarmiliśmy łabędzie, wypiłem szklankę robionego z działkowych gron wina i pognałem dalej.

***
A teraz coś z zupełnie innej historii, bieżącej:
Wszystkim, którzy tu jeszcze zaglądają, dziękuję za cierpliwość i przepraszam za wpisy rzadkie i krótkie. To nie tyle zamierzony suspens albo żart, ile brak czasu i trudność jeszcze inna – pracując nad różnymi projektami ciężko mi o epicki cug, zdania kleję w mozole. To jakby inny rodzaj myślenia. Który zakłóca język. Przynajmniej w moim przypadku.
Tak czy inaczej, będę opis podróży kontynuował.
Galeryjny pokaz weneckiej wycieczki będzie miał miejsce w bytomskiej Kronice. W marcu.
 

Och, Peter! (2)

listopad 23, 2007, piątek

-Lepo, lepo – mówi Peter niedokucnąwszy.
-Lepo – mówię ja.
-Ja ljubiu tiebia, żetem, ajlowju –  mówi Peter w kucki. Wyciągając drżącą rękę.

(cdn.)

Och, Peter!

listopad 15, 2007, czwartek

Oooch, Peter… (cdn.)

beaches brew

listopad 7, 2007, środa

A teraz szybki skok ze Śląska nad Adriatyk. W dwóch foto-odsłonach. Nadal w temacie: Pozowanie przy narodowym pawilonie.

Pierwsze zdjęcie zrobione jest tuż przed wyjazdem, jeszcze w Czechowicach. Na osiedlu górniczym.

kolonia.jpg
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 A to już niemal meta. Plaża przy kempingu w Ca Savio, blisko Wenecji:

 casavio.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Taniec z gwiazdami

październik 29, 2007, poniedziałek

No, właśnie. Zmierzam sobie do Slovenskiej Bystricy. Osiem kilometrów za Ptujem robię zdjęcie. To zdjęcie:

ptuj_____8.jpg
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Patrząc na nie zastanawiam się jak lekko dotknąć tematów siermiężnych, albo – lepiej – jak uczynić je lekkimi; jak pokazać, że coś, co może wyglądać na grubo szyte, jest w istocie cienką nicią pozszywane; może nawet zbyt cienką, aby łatwo zobaczyć, że w zupełnie innym miejscu szew przebiega.

Po kolei.

Jak zdradzę, że, wyjechawszy dwa dni temu z bardzo już bratnich Węgier, tutaj w słoweńskim Razkrižje też opuszczam przydrożny bar pod wpływem porannego szpricera, którego po pięciu minutach rozmowy stawia mi jakiś w średnim wieku Słoweniec - bośmy „bracia Słowianie”- to pomyśleć by można, że tą moją polską chorągiewką powiewam zbyt wysoko i furczy ona dość monotonnie. Jakby programowo. I do tego może jeszcze z niewłaściwej strony wiatr wieje - jeśli dodać, że rozmawiamy po rosyjsku. Tymczasem z całym tym symboliczno-narodowym dodatkiem do projektu rzecz przedstawia się zupełnie inaczej i wymaga paru wyjaśnień.

Mobilny pawilon został pomyślany przede wszystkim jako swego rodzaju przestrzeń wystawiennicza z kuratorem, lecz bez obiektów - galeria, muzeum czy gabinet osobliwości in posse - czekający na wypełnienie przygodami, pamiątkami zebranymi w podróży po tak zwanej Europie Środkowej. Pomysł podróżującej galerii z autorem-kuratorem wciskającym się w miniaturową architekturę własnym ciałem, stającym się równorzędnym elementem własnego umownego układu odniesienia, od początku interesował mnie najbardziej. I to nie dlatego, że mógłby się wpisać w doraźny dyskurs, ale dlatego, że dał on szansę na sytuację modelową w dosłownym znaczeniu tego słowa, pozwalającą doświadczyć różnego rodzaju relacje na własnej skórze. W ogóle temat miniaturowej galerii jako medium to dla mnie otwarty rozdział wychodzący daleko poza weneckie biennale - podróż z małą galerią mogłaby/może mieć dowolny cel.

Z paru względów tego lata skusiła mnie jednak Wenecja. Trochę tym, że ogrody biennale to wygodne i przyjemne miejsce na finał tej podróży – bez trudu można tu rozłożyć pawilon na trawie, pokazać go w jego pełnej, namiotowej wersji, a przy tym urządzić na kocu ułatwiający rozmowy piknik. Trochę zaważyła geografia – możliwość przejechania bez mała całej trasy po tej stronie Europy, która, pomimo tego, że zwana jest często Środkową, ze względu na historyczno-polityczne uwarunkowania ciągle w zachodniej świadomości odkleja się od reszty (co wynikało także z rozmów - wspomnę o tym w kolejnych wpisach); tak zaplanowana trasa wynikała mniej z założeń ideowych, a bardziej z przekonania, że pozwoli ona na większą integralność, wprowadzi trochę dyscypliny pomagającej ogarnąć materiały, połączyć je w jakieś uporządkowane spostrzeżenia po powrocie. I wreszcie, last but not least, zdecydowała specyficzna sytuacja, jaką zastaje się wyłącznie w Wenecji, a widoczna jest ona szczególnie w ogrodach biennale, gdzie formuła pokazywania sztuki komentuje niejako samą siebie – pozostaje „nieprzeźroczysta” nawet dla kogoś zupełnie niezainteresowanego powracającą debatą wokół pawilonów narodowych (debata ta ma już całkiem długą historię, włącznie z konkretnymi propozycjami odstąpienia od formuły wystaw narodowych i zastąpienia jej wystawą międzynarodową rozciągającą się na całe ogrody). Tutaj dosłownie widzi się zakrzepły czas i to nie tylko z powodu wiekowej architektury (najstarszy, belgijski pawilon postawiony został w 1907 roku; pawilon polski pochodzi z lat 30-tych), ale dlatego, że nieprzystawalność programowej funkcji tej architektury do dnia dzisiejszego wcale nie jest retuszowana – powiedziałbym nawet, że ten konflikt jest wyeksponowany: Na fasadach pawilonów przeczytać można, jakie państwo reprezentują. Każdy pawilon ma też maszt na flagę narodową. Ale podczas otwarcia biennale w czerwcu tego roku wszystkie niemal maszty giardini pozostały gołe. Wyjątkiem (akurat w tym przypadku wyraźnie potwierdzającym regułę) był chyba tylko maszt rosyjski.

“Every exhibition medium (large-scale international exhibitions, museums, state galleries, collector’s museums, galleries, national pavilions in Venice) is essentially ambivalent, but the pavilion in Venice has an additional unusual status in that the artist to a certain extent represents the government of the country that appointed him/her.” - pisze Robert Fleck w eseju zatytułowanym: “What does a national pavilion offer?” Ta i inne, dalej idące ambiwalencje w ogrodach weneckich są oczywiste. I są wypunktowane. Choćby akcja Santiago Sierry na 50-tym biennale polegająca na otwarciu pawilonu hiszpańskiego wyłącznie dla obywateli hiszpańskich była odnoszona do tego tematu.

Anachroniczność modelu narodowego jest tematem mocno eksploatowanym, trudno byłoby uczynić go powodem taszczenia oflagowanej szafy (40kg!) rowerem do Wenecji. Nie o to chodziło. Od początku było wiadomo, że czas spędzony w giardini będzie nikłym procentem czasu spędzonego w drodze. I to na drogę – nie na miejsce startu i nie na metę – padał główny akcent tego projektu (do pospiesznego i uproszczonego opisu projektu w mediach przydałoby się wprowadzić trochę subtelności; spróbuję co nieco uporządkować przy okazji pisania o spotkaniach w ogrodach biennale). Jednak takie pojęcia jak: podróżowanie, nomadyzm, poszukiwanie przygód, spotkania, dokumentowanie, czy estetyka relacji też nie składały się w wystarczającą zachętę, żeby wybrać się w tą trasę.

Myślałem o czymś więcej.

Wabiło mnie szaleństwo. Bo daje szansę na zmianę patrzenia, znalezienie szczególnej perspektywy, wejście w nieznane role i tym samym doświadczenie nowych sytuacji. A do tego narodowy entourage weneckiego pawilonu nadawał się szczególnie. I to właśnie przez jego ewidentną anachroniczność i kompletną nieprzystawalność do miejsc. Były w podróży co najmniej trzy kurioza, które potencjalnie narzucały mi rolę błazna, kołtuna, idioty: (1) rozbijanie w pobliżu czyjegoś namiotu niezidentyfikowanej karłowatej budowli jako miejsca noclegu (przypuszczenia podsłuchałem różne: „parlament”, „kościół”, „meczet” (sic!)), (2) ciąganie na rowerze optycznie olbrzymiego bagażu (ciągle byłem pytany, ile mi za to płacą), no i wreszcie (3) coś, co dodawało sporej pikanterii – narodowo-reprezentacyjny charakter tego cyrku. Takie indywidualne obnoszenie się z symbolami narodowymi – poza, naturalnie, specjalnymi kontekstami, np. sportowym – budzi dziś nie tyle sprzeciw, co pobłażanie; ktoś, kto to robi, będzie potraktowany raczej jako filister, niż jako np. nacjonalista (raz tylko zostałem wprost zapytany, czy jestem nacjonalistą, o czym jeszcze wspomnę). No właśnie, pomimo tego, że tutaj symbole podane były wydaniu groteskowym, wyraźnie puszczały oko, przygotowany byłem, że w drodze wzbudzać to będzie ambiwalencje inne niż w docelowych giardini, gdzie szaleństwo zostanie automatycznie zneutralizowane, wzięte w nawias. I tak było. Pomimo moich częstych wyjaśnień mało kto z napotkanych w drodze czuł, o co chodzi; ja z kolei czułem, że oni nie są do końca pewni, czy ja oficjalnie uczestniczę w jakimś zdarzeniu, reprezentuję jakąś instytucję, czy samozwańczo wykorzystując symbole chcę coś zamanifestować. Pomimo bardzo życzliwego przyjmowania wiem, że wzbudzałem wiele podejrzeń; aż do granicy Włoskiej, niewiele było spotkań, o których można by powiedzieć, że były utrzymane na właściwym poziomie autoironii czy zabawy. Byłem traktowany poważnie. Ale jako szczególny przypadek. Kłopotliwa zagadka. Prawdziwą przyjemnością było na przykład rytualne poranne wciąganie flagi na maszt; na kempingach czy w kukurydzy, przy świadkach, czy bez – to było całkowicie absurdalne, idiotyczne zajęcie. Którego mi dziś brakuje. Zmiana perspektywy z racjonalnej na irracjonalną, publiczne zejście z poziomu – rzekłbym – prozaicznych relacji do poziomu osobistego mikrokosmosu, własnego theatrum mającego jednak sui generis zasady podyktowane wyborem takiego a nie innego modelu, to była osobna wycieczka, wycieczka w wycieczce, doświadczenie ożywcze i w harmonii z inspiracjami. A bliżej mi do „Idiotów” Triera niż do wątków narodowych, śląsko-hałdowych, czy o-biennale-marzycielskich, które zdominowały opis medialny projektu (skądinąd przy moim wkładzie, do czego się przyznaję).

Przypomina mi się cykl portretów młodych ludzi spotkanych na plażach, jaki w latach 90-tych zrobiła Rineke Dijkstra. To piękne, intensywne zdjęcia. Te dzieciaki pozują niezdarnie, jakby nie wiedziały, jak nosić własne ciało. Portretom często zdarza się podobna intensywność, kiedy uda się je uchwycić w pozie nie dość przećwiczonej, niepewnej, w zakłopotaniu. Tak, ale Dijkstra wyraźnie takie modele wyszukiwała. Ja byłem ciekaw, na ile zakłopotanie mogę sprowokować. Poprzez np. prośbę o pozowanie z małą polską flagą, przy małym polskim pawilonie. Jeśli takie symbole się przeżyły, a przynajmniej nie pasują do miejsca i sytuacji, jeśli nie całkiem wiadomo, w co ja gram, jeśli w końcu to wszystko razem wygląda kuriozalnie, to pozowanie takie powinno być interesującym materiałem do obserwacji. I, żeby uniknąć nieporozumień, parę spraw wyjaśniam od razu: Po pierwsze nie są to zdjęcia inscenizowane, ani aranżowane; z wyjątkiem rozłożenia pawilonu i wykadrowania fragmentu tła przy mocno ograniczonych możliwościach. Zdjęcia robiłem w pośpiechu, pozowanie trwało nierzadko sekundy, a moja ingerencja ograniczała się do pilnowania, żeby model trzymał się blisko pawilonu. Jeszcze przed wyjazdem przyjąłem ascetyczną formułę: zdjęcia będą kolorowe, żadnych zabaw z perspektywą, wszystkie postaci zawsze widziane w całości, tło wyłącznie takie, w jakim zastałem moich modeli. Przy takiej dyscyplinie własnej wystarczyło bez żadnych instrukcji poprosić napotkane osoby o pozowanie przy pawilonie.

A że nawet proste świadome ustawianie się przed obiektywem samo w sobie jest formą inscenizacji, podczas podróży zrobiłem kilkadziesiąt ujęć będących kadrami rozgrywającego się przy pawilonie spektaklu. Spektaklu, w którym pawilon wyzwalał różne pozy; była w nich bezpretensjonalna wesołość i pretensjonalna powaga; ironia, pobłażanie, dystans i dezorientacja, niepewność sytuacji i pokrywające ją uśmiechy, zdarzyły się też odmowy. W Postojnej zagadnąłem o pozowanie mężczyznę w średnim wieku. Kosił trawnik w koszulce z unijnymi gwiazdami. Miał charakterystyczny spłoszony wyraz twarzy. Ta koszulka i ta twarz nie pasowały do siebie. Wytłumaczyłem mu skąd – gdzie - po co (o biennale nie wiedział), rozłożyłem pawilon na murawie przed okazałym domem z otwartym garażem. Podszedł powoli, zapozował nie patrząc w obiektyw. Było dobrze, ale zachciało mi się lepiej. Podałem mu polską flagę (małą, ale oryginalną, z ładnie nadrukowanym orłem). I było lepiej. Mężczyzna z góry na flagę spojrzał, rozprostował i zaczął z nią dziwny taniec, neurotyczną tarantelę, wpadł w fantazyjne pląsy wokół pawilonu: kontrapost lewy, kontrapost prawy, wypchnięcie biodra, wygładzenie unijnego tiszirta, wykrok lewy, wykrok prawy, podniesienie flagi, wsparcie łokciem o pawilon, wypchnięcie biodra, wygładzenie tiszirta, kontrapost prawy, wykrok lewy, etc. Ja na to patrzyłem i zwalniałem migawkę. Ale było to coraz bardziej nieskoordynowane, było widać, że się pod tymi symbolami zupełnie pogubił i nie potrafił już do nich dobrać fasonu. W końcu wyprostował się i zastygł w bezruchu. Był różowy na twarzy. Skrępowany. Powiedział, że już nie trzeba, że dość. Oddał flagę i poprosił o wykasowanie zrobionych przed chwilą zdjęć.

Takich problemów nie mieli robotnicy drogowi fotografowani osiem kilometrów za Ptujem. Oni w temacie “koszulka” byli zupełnie wyluzowani (co widać) i wiedzieli jak się zachować przy polskiej chorągiewce (której nie widać). To była szybka, spontaniczna reakcja. W cieniu przydrożnej lipy czekali na transport. Zatrzymałem się, żeby odsapnąć, pogadać. Na dowolny temat. Poczęstowali pomidorem, chcieli zobaczyć pawilon. Odsłoniłem go i korzystając z okazji zapytałem o pozowanie – jak powiedziałem: żadnych wątpliwości jak to powinno wyglądać. Jeśli w podróży pojawiały się też braterskie gesty w socrealistycznym wydaniu, to tylko dokumentują one sytuacje. Które być może nie przytrafiałyby się w analogicznej podróży po Niemczech, czy Francji. Zresztą to myśl swobodna; daleki jestem od wyciągania podobnych ogólnych wniosków na podstawie paru przygód; jeśli zajmują mnie symbole, to tylko w miejscu spotkania z konkretnym człowiekiem, jako papierek lakmusowy; zwyczajnie ciekawe jest, jak sobie z nimi radzi. Co tańczył Słoweniec w unijnej koszulce? Czy grosse mafioso z malutką flagą byłby bardziej grosse, czy mniej grosse? Oto jest pytanie. Łatwo go sobie wyobrażam pozującego na tle Audi - zobaczenie go na tle pawilonu z chorągiewką w ręce całkowicie wykracza poza moją wyobraźnię.

Pomurje

październik 17, 2007, środa

Redics. Ileś tam metrów za graniczną rogatką zatrzymuję się na parę chwil i rozglądam przed siebie. Obłe zielone pagórki, wystrzyżone kępy drzew, wyrównane pola wywołują u mnie błogi spokój – stąd może nawet nazbyt harmonijnie poukładane elementy pejzażu przypominają stołową makietę elektrycznej kolejki. Wrażenie miniaturowości tego krajobrazu wzmaga być może to, że patrzę na to wszystko z góry, przede mną zjazd w dolinę. Za chwilę zanurzę się w tym miniaturowym pejzażu ze swoim miniaturowym pawilonem, ale na razie, póki co, mieszają mi się czasy; jest to pierwszy moment, kiedy mam wrażenie bliskości celu, a tym samym odruchowo dokonuję wstępnych bilansów, próbuję przypomnieć sobie, o co w ogóle w tym pedałowaniu chodziło, jak to miało wyglądać – a nie jest to łatwe, bo konkret dziania się, tego, co obok, tego, co przed chwilą i za chwilę, skutecznie wypiera wcześniejsze wyobrażenia. Mierzę się też ze Słowenią, bo to właśnie gdzieś tam, dalej w głębi, za sielsko wyglądającym Pomurje czyhać na mnie mają pierwsze srogie górskie podjazdy. Poza tym powinno być nieźle, pewnie będzie o czym pogadać, wszak to dobrze wykształcony kawałek Europy; kraj, którego kultura niemal obrosła legendą, kraj między innymi Žižka, Šalamuna, Jančara.

Dwa kolejne dni to czysta rekreacja. Znakomite drogi z jeszcze lepszymi ścieżkami rowerowymi obok, pomimo tego, iż na mapie zaznaczone są jako główne, wciskają się pomiędzy wiejskie zagrody z kapliczkami; są ciche i zajmują oko. Przypominają mi się wiejskie drogi Śląska Cieszyńskiego, z tym, że tutaj nadal gładki porządek elementów w przestrzeni kojarzy się z intencjonalnym działaniem kontrolującego to wszystko z góry jakiegoś harmonijnego umysłu. Zwracam uwagę nie na donice z pedantycznie wypielęgnowanymi pelargoniami, równomiernie rozłożone na poręczach każdego niemal mostu – to ta sama, pozbawiona subtelności pospolita estetyka weekendowej kosiarki i sekatora  ordnung must sein, która dominuje za zachodnią granicą; tutaj urzeka co innego, tutaj mam nieodparte wrażenie, że pagórki, drogi i zabudowania są z jednego tworzywa i należą do tego samego naturalnego, bądź nienaturalnego, ale na pewno porządku. Kultura nie wypiera natury. A może i odwrotnie, może natura nie wypiera kultury. 

pomurje1_400.jpg 

Patrzę na przykład na słup podtrzymujący zwykłą uliczną lampę - okorowany, oheblowany, zapuszczony drewnochronem, ale wciąż zachowujący naturalne krzywizny pień. Albo surowa ceglana ściana w pobliżu, trochę tynku u góry i dwuspadzisty dach; nie mam danych, żeby zakładać, że to świadome, albo chociaż intuicyjne wybory, może powody, dla których wygląda to właśnie tak, nie mają nic wspólnego z jakąś estetyczną strategią; jadąc przez kolejne wsie wystarcza mi, że to się powtarza, że jestem w środku jak w kokonie; tutaj nie ma ostrych dla oka krawędzi, obcych ciał, które drażnią ten łagodny krajobraz. Poza tym mam niejasne poczucie, że gdzieś już tego doświadczyłem; właśnie tego – funkcjonalnej architektury organicznie wyrosłej z otaczającego ją tła. Poczucie zamienia się we wspomnienie. To było w Japonii. Pędząc szybkim pociągiem widziałem jak wiejskie osady i sosnowe lasy zbudowane są dokładnie tych samych lekkich, rozpływających się maźnięć japońskim tuszem. To się po prostu lekko trzymało kupy. Albo – choć to już nieco odrębny przykład – mieszkając w niewielkim apartamentowcu w środku najruchliwszej dzielnicy Tokio, Shinjuku, budził mnie rano szum drzew i śpiew ptaków za oknem; budynek odgrodzony był od ulicy solidnym murem, w obrębie którego znajdował się ogród, o którym na pewno nie można powiedzieć, że był bujny albo przeładowany. Nie był taki. Ilość elementów w tym miejscu – drzew, kamienistych ścieżek, rozrzuconych tu i ówdzie drobnych otoczaków i paru imponujących kształtem, wypłukanych, ażurowych głazów – łatwo poddałaby się spisowi inwentarza (nie zdziwiłbym się, gdyby taki spis istniał); a jednak to wszystko stanowiło spójną przyrodniczo-architektoniczną enklawę – jakby obrosłą późniejszym miastem. Tak, ale tam, w Japonii dało się znaleźć intelektualne korzenie takiego współdziałania z naturą. I chociaż temat, związany z filozofią zen, jest złożony, powraca mi w pamięci prosta anegdota z „Księgi herbaty” Okakuro Kakuzo. Było to chyba tak: Mistrz ceremonii każe uczniowi sprzątnąć ścieżkę prowadzącą do pawilonu herbacianego. Uczeń zamiata zeschłe liście, potem pokazuje pracę Mistrzowi. Mistrz ucznia karci. Uczeń wraca do zadanej pracy, staranniej oczyszcza ścieżkę i woła Mistrza. Który go karci. Uczeń stara się jeszcze bardziej. Pokazuje oczyszczoną ścieżkę Mistrzowi, a ten, nadal niezadowolony, chwyta pobliską gałąź i strzepuje z niej liście. Które swobodnie spadają na zamiecioną ścieżkę. I tak jest dobrze.

pomurje.2_400.jpg

Tradycyjna japońska estetyka, jak i cała tamtejsza myśl zresztą, nie jest antropocentryczna. Sztuczny wydedukowany porządek jest jej obcy. Podobnie symetria. A tutaj, na Słowenii? Czy ta widoczna wszędzie stosowana równowaga między porządkiem umysłu a porządkiem krajobrazu ma swoją uświadomioną inspirację, czy wynika raczej z tego specyficznego geograficznego ulokowania w równej odległości pomiędzy pedantycznie eksponowanymi krasnalami ogrodowymi z jednej strony a próchniejącą szopą albo stodołą z drugiej? Tego nie wiem, za słabo znam to miejsce; teraz wystarcza mi, że jadąc przed siebie na dwa dni z przyjemnością przepadam w tym krajobrazie razem z rowerem i pawilonem; zatrzymuję się przy młynach, schodzę do kameralnych koryt niewielkich rzek, zażywam kąpieli, ssę słodkie kwiaty koniczyny i mam wszystko w nosie.

Przygoda

październik 5, 2007, piątek

W Zalaapáti dłoń Węgra rysuje w powietrzu sinusoidę. Pytałem o siedemdziesiątkę piątkę.
 
Zgadza się. Taki rytm. Raz na fali, raz pod wozem. Nudno jest myśleć o trudzie pedałowania. Trudno myśleć o czym innym. Jeśli w ogóle myśli się. Zwyczajnie: raz na górze, raz na dole. Przy tym wieś jakaś, zagajnik i kilometrowy drut kolczasty odgradzający asfalt od ścierniska (nie pastwiska – ścierniska). I tak dalej. I niby źle nie jest, bo jak teraz z dołu do góry, to za chwilę z góry na dół. Ale ta sinusoida już myślą zawładnęła, a pokrętna jej logika; pod górę pedałując sic et nunc męczę ciało, w dół swobodnie zjeżdżając myślenie męczy o podjeździe. Tak się to wyrównuje. Przy tym w słońcu spiekota, zaś w leśnym cieniu muchówki drobne do oczu się cisną, komary spoconą skórę tną. Długo nic nie zakłóca tej monotonii.

Późnym popołudniem między wsiami Bak i Pölöske mam przygodę.

Przygoda rytm wyznacza nowy. Teraz rower zapinam w lesie do drzewa, pieszo pcham na przyczepce pawilon. Następnie zostawiam w lesie pawilon, wracam po rower. Podjeżdżam rowerem pod pawilon, zapinam do drzewa. Pcham pawilon. I tak dalej, na przemian. Do najbliższej wsi, do Baku. Jakieś trzy kilometry. Razy trzy, w sumie dziewięć – licząc rower, wózek i po wózek powroty.

Kiedy zza drzew wreszcie wieś się w dolinie wyłania, jest już sylwetą ciemną i płaską pod rudym niebem, teatrem cieni, głuchym ujadaniem psów w oddali. Staczam się z pawilonem główną i jedyną, zdaje się, ulicą; za mostem mijam cygańskie chaty. Zatrzymuję się pod barem. Jest to częściowo knajpa dla tubylców, częściowo schludna niewielka restauracja; podział jest konkretny, są tu dwa pomieszczenia bezpiecznie od siebie oddalone, odseparowane korytarzem. Barmana i kelnera zarazem znajduję w części hałaśliwej. Nie słyszymy się, on zapraszającym gestem dłoni wskazuje na smętną nieoświetloną salkę krzesłami opartymi o stoliki, ja proszę go, żeby wyszedł ze mną na zewnątrz. Wychodzimy. Stojąc między przyczepą a rowerem, dość bezradnie mieszając niemiecki z nieskodyfikowaną mową gestów i onomatopei próbuję opowiedzieć mu o moich nagłych potrzebach. Pokazuję złamany dyszel przyczepki, lewą ręką podnoszę maskę ochronną, z palca wskazującego prawej robię elektrodę, spawam. Wszystko jasne, barman znika, a za chwilę pojawią się z kartką, a na niej nazwisko człowieka, którego szukam: Gyorgi Buza. Ma warsztat pół kilometra stąd. Zważywszy, że pora już późna, nie pozostaje mi nic innego, jak pytać o nocleg. Z tym jest gorzej. Nikt tu pokoi nie wynajmuje, a mój kicsi sator (namiot) też się na nic nie przyda, bo nie ma gdzie rozłożyć. Barman wyraźnie chce pomóc, obsługuje swoich, jednak w wolnych chwilach wychodzi do mnie. Ale wychodzi bez niczego, żeby ręce po raz kolejny rozłożyć; pomysłu nie ma. ‘Es tut mir leid’, powtarza. On nie ma pomysłu, ja nie mam wyboru. Wchodzę do baru, gdzie starzy Węgrzy w gronie własnym, przy zsuniętych stolikach wódkę piją, i kwestię swoją ‘skąd – gdzie – po co’ do wszystkich zebranych wygłaszam; potem elektrodę z palca robię, iskry przez zęby głośno sypię, ‘morgen’ przy tym mówię i wreszcie o kawałek miejsca w ogrodzie albo pokój proszę. Przez chwilę jakby słuchają, zdaje się, i rozumieją. Ale nic to nie daje, oni do wódki wspólnej wracają. Po paru kolejnych przemowach nie starcza mi cierpliwości; odliczam 30 Euro i z banknotami jeszcze raz do kręgu próbuję się przebić. Oni tylko ręce rozkładają, głową ni to potrząsają, ni to kręcą i wódkę piją. Czuję się na straconej pozycji; zamawiam gulasz i gawędzę z barmanem.
I tu raptem ciąg zdarzeń doznaje przyspieszenia, przygoda rzuca bohatera w inną, dziwniejszą okolicę. Słyszę jak krąg pijących pęka, krzesła od stolików odjeżdżają; byczy Węgier  chwyta mnie za ramię, ‘lengyel!‘ - przedstawia mnie pozostałym, ‘vodka!’- do barmana woła. Żadna z uprzejmości, których nauczyłem się w tutejszym języku nie ułatwiała mi pobytu na Węgrzech, jak to słowo – ‘lengyel’, które teraz dopiero wypowiedziane gdzieś w rozmowie z barmanem rozeszło się szeroko po węgierskiej świadomości. Nietrudno tu o podejrzenia: umacnianie stereotypów to zbyt łatwe łgarstwo. Z taką wiedzą uprzedzam tu, że ‘lengye’l plus ‘magyar’ plus ‘vodka’ to nie wszystko na ten temat - wraz z kieliszkiem wiersz zostaje bezwstydnie wypowiedziany w pełnym brzmieniu i bynajmniej nie ja jestem tym, który by na to postawił. Polską wersję „Lengyel, magyar, két jó barát, együtt harcol, sissza borát” („Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki”) zna chyba każdy; nie każdy wie, że to ciągle działa. Kieliszek wódki wywołuje tak zwany efekt domina. Barman pokazuje mi kolejno: Węgra, który da mi nocleg; Węgra, który zabierze mnie jutro do ślusarza, Węgra, który stawia mi piwo; Węgra, który stawia mi drugie piwo, Węgra, który stawia mi trzecie piwo; Węgra, który stawia mi czwarte piwo.
Noc spędzam w podziemnej siłowni. W piwnicy. Legowisko mam pomiędzy niklowanymi rurkami, łańcuchami i sztangami. Są tu też rękawice z okuciami, nunchaku i kastet. Nie całkiem rozumiem to miejsce; pięć minut wcześniej piętro wyżej gospodarz z sympatyczną nieco pulchną żoną przygotowali mi łazienkę, zaproponowali prysznic, i w ogóle zrobili ciepłą familijną atmosferę.

W porannym pełnym świetle dostrzegam maczugę na łańcuchu. Potem gospodarz częstuje mnie delikatnym ptasim mleczkiem i łagodnie ponagla. Jedziemy przyczepkę rowerową naprawiać.

Gyorgi Buza to człowiek z ‘dobrymi’ zmarszczkami. Twarz budząca zaufanie. Bez zbędnych słów a z łagodnym uśmiechem pochyla się nad dyszlem, rozkręca przyczepkę, zabiera się do roboty. Przez kolejne półtorej godziny tnie, szlifuje, blachy dobiera, spawa, maluje. Po tym wszystkim pokazuje mi z bliska, że robota solidna. Cieszę się. Teraz dopiero opowiadam mu, w czym pomógł; skąd – gdzie – po co jadę. Na to Gyorgi Buza wybucha serdecznym śmiechem, ukłon głęboki na modłę japońską robi, a potem jeszcze w ramiona bierze i szczęśliwej podróży życzy. Nawet forinta mu nie zostawiłem. Nie chciał. Gyorgi Buza to drugi, obok grosse mafioso, szczególnie intensywny portret w mojej pamięci i druga brakująca fotografia; tym razem nie zrobiłem jej, bo przez spotkanie z człowiekiem zapomniałem o dokumentowaniu.

Tyle o przygodzie. Roland Topor, przypominam sobie, podpowiada, że prawdziwe historie poznajemy po braku puenty.

Cirkusz POLONIA

wrzesień 24, 2007, poniedziałek

Wiem to, wyglądam jak jednoosobowa trupa cyrkowa. Kiedy na rondzie przy wjeździe do Keszthely widzę cyrkowe plakaty, żałuję, że nie mam czasu na odszukanie tego cyrku. A już na rondzie następnym widzę namiot rozbity na łące, flagi węgierskie powiewają. Cirkusz Richter. Przyczepkę przez kładkę nad rowem przeciągam, pawilon rozkładam i dokonuję fuzji, podpinam się pod ten cirkusz, znowu się bratam. Ale teraz na innym szczeblu. Zawodowo i na trzeźwo. I bardziej spektakularnie, przy głównym rondzie. Swój tu u swego - artystów idę szukać.

0cirkusz_0polonia.jpg

Szczęśliwie pierwsze spotykam dyrektora cyrku z żoną i małym dzieckiem. Młodzi, sympatyczni ludzie z Budapesztu. Domyślam się skutku, ale trochę im wyjaśniam skąd - gdzie - po co. Mówią mi, że w budapeszteńskich cyrkach dużo jest polsko-węgierskich małżeństw. Z dużą życzliwością oprowadzają mnie po cyrku, a potem dyrektor się przebiera - to jego jedyny warunek - i z synkiem do zdjęcia pozuje.

0circusz3.jpg

Fotografuję jeszcze mężczyznę od koni, który początkowo trochę się wzbrania; tłumaczy, że on arbajter, nie artysta. Przyjemnie nam się rozmawia. Na koniec proszę akrobatkę Wiki, żeby salto mortale przed polską fasadą wywinęła. Wiki serię figur prezentuje, w których zupełnie się połapać nie mogę. A Wiki nie może się połapać, o co mi jeszcze chodzi.

0cirkusz2.jpg

Niezłomny w odmowie pozowania pozostaje klown. Parę razy podchodzę do niego z aparatem, a on ucieka; mówi, że tak nie, że tylko w kostiumie. Kiedy wszystko już pozamiatane a ja na powrót przyczepkę przez kładkę nad rowem przeciągam, klown zziajany przybiega i daje mi bilety na wieczorny spektakl. Aparat pokazuje. Szkoda, o 18.00 będę już z dala od Balatonu, na drodze numer 75, wprost na Słowenię.

Antytriobriandy

wrzesień 24, 2007, poniedziałek

Wieczorem szybkim pedałowaniem nadrabiam wczorajsze burze i dzisiejsze szukanie serwisu rowerowego w Balatonfüred. Około 22.00 w Balatonakali pytam o kemping. Dwieście metrów dalej jest najbliższy. Dla naturystów. Godzi się, czy nie godzi? Przeczesuję możliwe implikacje, kontekstów grubo szytych się domyślam. A jednocześnie ciągnie mnie tam, czuję; forma to pojemna, nieprzewidywalna, takie jeden do jeden spotkanie małej, a od treści nabrzmiałej fasady z pierwotniejszym od Państwa, dajmy na to, Brzuchem bądź Pośladkiem. Zdjęcie warto by zrobić.

0triobriandy.jpg

A jednak ‘forma’ to żaden argument, myślę, fortel artysty, słowo podstępne, w słowniku niejednej spiskowej teorii zapisane. Bo forma jako taka jest amoralna, czyli - jak chcą niektórzy - niemoralna, bo od moralności się odcina, znaczenia w różne strony potencjalnie zapuszcza. Trzeba, zatem takie coś w slogany opakować, do konsumpcji szerszej przystosować. A szkoda. Szkoda mi tych niełatwych do przetłumaczenia znaczeń, bo nie jest prawdą, że one się bezładnie rozpierzchają; zajmuje mnie sztuka, która nie jest prostym przełożeniem dyskursu; właśnie nielinearność, niedyskursywność, wychodzenie poza język utartych skrótów myślowych jest jej największym atutem. To dotyczy obrazu w ogóle. Jeśli jest inaczej, nie tylko Tinky Winky nie może nie mieć ustalonej orientacji, ale parasol i maszyna do szycia na prosektoryjnym stole to na wskroś przejrzysty masoński spisek Lautréamonta, surrealizm to zapuszczone manowce, a na Wiejskiej dla dobra ogółu powinno się część czasu antenowego przeznaczyć na poselskie interpretacje nadsyłanych snów.

Nawet jeśli mój projekt posługuje się przy okazji prostymi symbolami, to nie jest on wprost kontestacyjny, antyinstytucjonalny albo anarchistyczny; podczas kilkunastu dni w drodze odmieniał się już przez różne sytuacje, często przypadkowe, jak ta teraz, która wciąż mnie nęci i spokoju nie daje. Amerykański fotograf Spencer Tunick rozebrał do zdjęć tysiące ludzi (w tym 7 tys. Hiszpanów przed Narodowym Instytutem Kultury), ale, z filmu pamiętam, z naturystami praca mu nie szła, na infantylność, brak dyscypliny narzekał. Moje pierwsze spotkanie z nudystą też mi obrazem żywym w pamięci stanęło. To musiało być gdzieś koło Łeby, kiedy idąc plażą zobaczyłem go z nagła i z bliska. Rzeczowo wypiętego. Między stopami starannie układał z muszelek napis: nagie jest piękne. Kilka dni przed wyjazdem, szukając informacji o Balatonie, natrafiłem w Internecie na blog, w którym pani relacjonuje, jak to z jednego takiego obozu dla nudystów uciekła, bo kiedy brała prysznic - a wszystkie bezdrzwiowe były - grupka sędziwych panów na rowerach krążyć wokół zaczęła. Tak to jakoś było. I tutaj teraz, za chwilę, czuję, wejdę za uplecione z sitowia ogrodzenie, a jutro… a jutro, to będą węgierskie Triobriandy, zjawisko antropologicznie barwne, rumieniec dla projektu. Warto, myślę. Trzeba, potwierdzam, kemping następny daleko, a w kolanie coś jakby strzyka, odwrotu, mówię sobie, nie mam; tym samym dylematy moralne odpuszczam.

8.00 rano. Parcela 90metrów. Murawa. Dookoła strzyżony żywopłot. Flaga, pawilon, rower, walizka. I nic.

9.00 Parcela. Nadal murawa. Strzyżony żywopłot. Flaga i pawilon, rower i walizka.

9.30 Parcela jak i murawa. Flaga. To samo. Wychodzę, śmielej się rozglądam, poza żywopłot wychylam. A tam parcela, murawa, żywopłot, parcela, murawa, klomb. Równiutkie wszystko i w kostkę. Alejką postać sunie a wzrok przed sobą równo prowadzi. Zaglądam na sąsiednią parcelę. Pochylony nad plastikowym stolikiem siedzi mężczyzna z brodą staranie wypielęgnowaną. W dłoni wihajster trzyma i pod zegarmistrzowską lupą części rozłożone montuje sobie nago. Robi to niespiesznie i z wyczuwalną satysfakcją. Cóż dziwnego, myśl zaciekawioną studzę - ot, zegarmistrz - nudysta zwyczajnie. A nawet, jeśliby tylko hobbysta, i tak nie ośmielę się przeszkodzić. Rozglądam się po innych, odleglejszych działkach, a tam też wszystko zdaje się do wewnątrz pulsować, każdy przy stoliku coś sobie nago dłubie albo gazetę nago przegląda. A jak z parceli wychodzi i wzdłuż żywopłotu równo z ręcznikiem w kostkę złożonym na przedramieniu nago sunie, to oka pilnuje; a jak oko na mój cirkusz jednak łypnie, to się je szybko prostuje i dalej wzrok przed sobą prowadzi. Paradoksalnie ciekawość rozbudzam tu własną.

Gombrowicz rozbierać chciał Europę, myślę, a oni tutaj siedzą teraz całkiem nadzy, ale jakby właśnie pod krawatem, jakby ten krawat piętnem się na ciele odcisnął. Bo jest to nudyzm nieświeży, z odzysku, a to znaczy: nie wcześniejszy, a późniejszy od kultury, będący wtórnym jej efektem. Jeśli przyjąć za Gombrowiczem, że kultura czy sztuka jak papieros jest potrzebą wyuczoną, to ten nudyzm tutaj austriacki i niemiecki jest na wyuczoną potrzebę wyuczonym antidotum. To symulowanie nagości albo - żeby jeszcze inną myślą się zabawić - jej symulakrum. Nie uwodzi mnie ta nagość.

Właśnie dziecko z rodzicem na pawilon patrzą, coś tam mówią - na nic to, za późno -udzieliło się: na środku parceli ustawiłem do siedzenia walizkę i tak już sobie glinę od śledzia nago a leniwie oddłubuję.